Większość z nas ma pewien problem z wdzięcznością. Szczególnie, kiedy sprawy nie układają się zbyt dobrze. Trudno nam wówczas wykrzesać z siebie to uczucie, bo każda komórka naszego ciała krzyczy, że to nieprawda. Za co być wdzięcznym, kiedy w domu pojawia się choroba, strata, nieszczęście? Trudności w pracy, albo toksyczne relacje? Przemocowy parter lub nielojalna partnerka? Co tu wychwalać i do czego tęsknić? Zdecydowanie łatwiej jest być wdzięcznym, kiedy żyjemy w dobrostanie. Przecież wszyscy zgodzimy się ze stwierdzeniem, że przyjemniej płacze się w mercedesie zaparkowanym na podjeździe luksusowej willi, niż w kartonie, pod mostem. A z drugiej strony zewsząd słyszymy nawoływania: bądź wdzięczny, szczególnie, kiedy chcesz kroczyć drogą wewnętrznego rozwoju! Bez wdzięczności nie ma duchowości!
Jak to więc naprawdę jest?
Wdzięczność odbieramy często jako uczucie, które winni jesteśmy komuś lub czemuś za poprawę naszej sytuacji. To może być Bóg, drugi człowiek, wszechświat, życie, albo szczęśliwy zbieg okoliczności. W efekcie czyichś działań możemy cieszyć się zdrowiem, dobrobytem, albo emocjonalną ulgą. Stajemy się beneficjentami szczęścia, które nam przypadło. Ale wcale nie musiało. To z kolei rodzi podświadome poczucie długu i konieczność jego spłaty. Tak jesteśmy skonstruowani. Co więcej, nie lubimy być dłużni, bo to rodzi napięcie i odbiera poczucie wolności. Szukamy więc możliwości rewanżu. Ale nie jest to intencja czysta i bezinteresowna. To bardziej próba uwolnienia od emocjonalnego napięcia. Czy zatem o taką wdzięczność nam chodzi na duchowej ścieżce? A może lepiej zastąpić ją innym słowem? Takim, które nie jest obarczone żadną „powinnością”?
Długo się nad tym zastanawiałam, szukając lepszych określeń. Takich, które nie wymagałyby żadnego tłumaczenia, które trafiałyby w sedno, były bardziej adekwatne do uczucia, które wielokrotnie się przecież w życiu pojawia. I w końcu się udało. A właściwie samo przyszło, kiedy przestałam się nad tym zastanawiać. DOCENIĆ. To jest to słowo, które niesie w sobie nie tylko głębokie uczucie dobrostanu, ale także pewien rodzaj sprawczości. Doceniam to, co mam. Doceniam to, co dostaję. Doceniam to, co daję i fakt, że mogę dawać. Doceniam to, że żyję, że jestem zdrowa i sprawna. Doceniam życzliwych ludzi wokół. Doceniam też trudności i porażki, które uczą mnie wielu ważnych rzeczy. Doceniam nawet smutek i lęk, bo pozwalają lepiej zrozumieć siebie i życie. Doceniam, a więc szanuję. Doceniam, więc widzę realną wartość tego, co jest.
Problem zatem tkwi w semantyce. Można powiedzieć, że bycie wdzięcznym i docenianie tego, co jest, to synonimy. Bliskoznaczne określenia opisujące ten sam stan rzeczy. Ale na najgłębszym, emocjonalnym, a nawet podświadomym poziomie te słowa mogą oznaczać coś całkiem innego. A jak wiadomo – słowa mają moc, bo myślimy słowami, na ich podstawie tworzymy swoje przekonania i opinie. One nas w ogromnym stopniu kształtują. Jeśli więc coś „zgrzyta”, nie do końca odpowiada prawdziwym odczuciom, wtedy pojawia się dysonans, a wraz z nim napięcie. Kiedy zaś ono znika, wtedy możemy mówić o głębokim wglądzie, o zrozumieniu, o poczuciu rzeczywistości. Dlatego zamiast być wdzięcznymi za to, co nas spotyka, zacznijmy doceniać to, co jest. Zacznijmy też doceniać to, czego nie ma.
Codziennie głośno doceń trzy rzeczy, nawet najdrobniejsze. To mogą być sytuacje, ludzie, wydarzenia, zbiegi okoliczności, czynności i stany. Doceniam to, że mogę dzielić się swoim doświadczeniem i to, że ktoś chce z tego korzystać. Doceniam, że mogę spokojnie spać, nie martwiąc się o jutro. Doceniam, że wieloletnia praktyka medytacji doprowadziła mnie tu, gdzie jestem. Doceniam, że sąsiad odśnieżył chodnik. A kiedy już docenię życie, to bez jakichkolwiek oczekiwań chcę się dzielić tym stanem. Chcę zrobić dla kogoś coś miłego, albo użytecznego. Tylko dlatego, że mogę. Nie muszę. Chcę. Bo nie jestem nikomu winna wdzięczności. To zaś prowadzi do wyrobienia mentalnego nawyku, dzięki któremu inaczej postrzegamy życie i świat wokół. Nasz mózg zaczyna skupiać uwagę na tym, co wzmacniające. Im bardziej się na tym skupia, tym więcej pozytywów dostrzega. Uczymy się tego, jak wiersza. Takie podejście „wgrywa się” w podświadomość. Zaczynamy więc inaczej funkcjonować. Nie oznacza to oczywiście, że stajemy się ślepi i głusi na problemy. Oznacza, że zaczynamy inaczej do nich podchodzić. Bo skoro można docenić porażkę, to może ona wcale nie jest taka zła? Jeśli tragiczne sytuacje mogą czasem prowadzić do tak zwanego potraumatycznego wzrostu*, to może i w tym da się odnaleźć większy sens?
Dlatego doceniam codziennie, na głos, z pełnym przekonaniem. Bez samooszukiwania, bez wymuszania czegokolwiek. Nie ma znaczenia, jak banalne lub głupie to jest. Dla mnie jest istotne i ważne, i warte docenienia.
* o potraumatycznym wzroście pisałam w swojej książce „RAZ a dobrze. Jak skutecznie radzić sobie ze stresem i trudnymi emocjami”, wyd. Sensus 2025. Książkę w wersji drukowanej, cyfrowej oraz audio można kupić tutaj: sensus.pl